29 kwietnia 2016

Martwa nadzieja: Śmierć ich pieśnią, ludzkim przekleństwem

Rok wcześniej...

Ludzie to istoty słabe, wątłe, łamiące się przy nawet najmniejszej okazji.

Zawsze nam to powtarzano, abyśmy wiedzieli przed czym, albo raczej kim, stoimy. Już od samego początku wtłaczano do naszych ociężałych umysłów szereg głupot, w które mieliśmy wierzyć. Chciano nas już wtedy przygotować do jednego – walki w ich obronie. W końcu jako istoty wyższe musieliśmy dbać o mniejszych braci i siostry, aby następnie prowadzić ich w stronę światła.
            To zaskakujące, ale uwierzyłem w to. Naiwnie sądziłem, że to prawda, że rzeczywiście to jest celem naszego życia. Po to pojawiliśmy się na świecie z czymś takim, aby przeciwstawiać się atakującemu nas złu i przygotować się do ich obrony. Uparcie twierdziłem, że jesteśmy ich tarczą, za którą mogą się skryć. Dopiero teraz uświadomiłem sobie swój błąd.
            Ludzie to nasze przekleństwo, dla którego musimy się męczyć, aby zapewnić ład, harmonię i równowagę w tym okropnym świecie. Oni nam nigdy za to nie podziękują, nigdy nie poznają prawdy, przynajmniej do dnia swojej śmierci. Nasza bezinteresowność to coś, co mogą do woli wykorzystywać i żyć spokojnie. Natomiast my musimy się dla nich męczyć.
            Nie. Oni muszą, mnie to nie dotyczy. Nie jestem już jednym z nich, zdjęli mi ten balast z pleców. Teraz mogę spojrzeć na to wszystko z innej strony i dowiedzieć się, na czym polega ta cała ludzka słabość i wątłość.
            Okazuje się, że to wcale nie jest takie trudne, ale łatwe, proste jak drut. Prawie codziennie mogę to sobie uświadamiać, wpatrując się w ich twarze i dostrzegając zmiany, nadchodzące w ciągu zaledwie paru sekund. Oni się boją, przez cały czas żyją w stresie i boją się, chociaż starają się to od siebie odrzucić i ukryć w najdalszych zakamarkach swojego umysłu. Boją się nas, boją się śmierci, a najlepiej to widać w ostatnich chwilach ich bezsensownego żywota. Zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, jak żałośnie to wygląda, gdy nagle uświadamiają sobie wszystko.
            Nawet teraz pewna zgarbiona osoba łysego mężczyzny nie jest świadoma tego, co może się z nią stać za parę minut. Idzie sobie, albo raczej pędzi, uciekając przed jakimś wielkim złem, znanym tylko mu, prosto do domu, szukając tam schronienia i wytchnienia. W końcu dom to najbezpieczniejsze miejsce na Ziemi, w którym nie ma prawa stać się nic niepożądanego. Tak, dlatego się spieszy, jest świadomy swoich grzechów. Świetnie zdaje sobie sprawę ze swojego trudnego położenia i ucieczki, azylu, doszukuje się jedynie w swoim dużym, bogato urządzonym, pełnym dębowych mebli mieszkaniu. Wszelkie przerażające wizje i najgorsze myśli targają jego słabym umysłem, tak samo jak gwałtowny wiatr, który bawi się popielatym płaszczem, przy okazji wyrzucając wszelkie brudy, nieczystości i śmieci z zatęchłych uliczek tego szarego, teraz ogarniętego ciężką powłoką nocy, miasta.
            W sumie można powiedzieć, że on odzwierciedla to miejsce w dosyć dokładny sposób i na odwrót. On i ta odrażająca, przegniła dziura pasują do siebie idealnie.
            Wysokie wieżowce, obrastające ten niewielki skrawek świata, są wręcz odpowiednikiem jego wielkich ambicji, wysokich horyzontów i dosyć dobrych znajomości. Do tego przejrzystość jego działań jest doskonale widoczna w tych nadzwyczaj oszklonych drapaczach chmur.
            Ciemne uliczki tak gęsto rozsiane wzdłuż i wszerz, skrywające najbardziej tajemnicze i zakazane życie, to jego niecne plany, które tworzą się w umyśle lub już są powoli realizowane.
            Wiecznie niezadowolona mina, pełna powagi, wyniosłości i władzy jest okryta tak ciężkim i gęstym kożuchem czarnych chmur, że ilością przygnębienia dorównuje mu tylko ciemne niebo, nieudolnie skrywające swoją puchatą warstwę, tak bardzo oświetloną jasnym blaskiem Księżyca. Do tego ta prostota, dokładność i skrupulatność widoczna w jego panicznych ruchach poprawiania krawatu i ciągłej walki w tej wiecznie szarej dżungli.
            To wszystko i jeszcze więcej można dostrzec na tej zadymionej, szarej i zasuszonej, z wyraźnie zaznaczonymi zmarszczkami twarzy. On jest wprost nudny jak całe to miasto.
            Wielka K. i ten wielki człowiek są aż tak uzależnieni od siebie. Czym jest to skromne skupisko wieżowców bez takich uczciwych obywateli i czym są tacy uczciwi obywatele bez tego giganta? Niczym. Jedna, prosta prawda – niczym, kompletnie niczym.
            - Żałosne. Żałosne i nadzwyczaj nudne. Pospiesz się człowieku, mam już dosyć bezczynnego trwania w tym idiotycznym miejscu.
            Godziny wpatrywania się w ten sam widok robią swoje, tak samo jak wyczekiwanie w samotności na nadejście pory do działania. Nigdy tego nie lubiłem i nie lubię. Czekać, czekać i czekać praktycznie na nic, na od taką zabawę w pokojówkę. Nic więcej, a ludzie doszukują się w tym nie wiadomo czego.
            Najgorsze jest to całe oczekiwanie, a potem jest już łatwiej, schodzi szybko i bez żadnych problemów. Do tego czasu musisz zerkać ostrożnie przez okno i przyglądać się jak twój cel wlecze się, wbiegając na maleńkie schodki i przeklinając co chwila na ciągle zamykane drzwi wejściowe. Ilu z nich marzy o domu innym niż w takim wieżowcu? Wielu. No, ale co na to poradzić? Trzeba milczeć i nie marudzić, aby czasem nie wylądować jedną ręką w sianie, a drugą w błocie i nie integrować się z prosiakami. To jest ich cel nadrzędny – milczeć, robić to, co im się każe i liczyć na odpowiednią rekompensatę. Tak, dostaną nagrodę. Tym darem od losu są osoby takie, jak ja...
            - Kim ty jesteś?
            No i co odpowiedzieć, gdy taki przerażony osobnik wchodzi do swojego bogatego domku i widzi jakąś ciemną postać, stojącą przy oknie i wpatrującą się w niego znad kaptura? Co mam odpowiedzieć, gdy ktoś się tak na mnie gapi? Bardzo proste.
            - Ja? – pytam się spokojnie, z lekką ironią i ostrożnie podchodzę do jego dygoczącej osobistości. Przy okazji wyciągam jeszcze powoli dłonie z dosyć pokaźnych rozmiarów kieszeni. – Ja jestem tylko dostawcą.
            - Dosta...
            Milczy, jak każdy, do którego czoła przykłada się broń z jasnym i klarownym zamiarem zabicia. Rzadko który coś powie, najwyżej będzie błagał o litość, albo raczej próbował, jeśli zdąży. Nie mamy ich męczyć, o ile nie dostaniemy takiego polecenia. Oni już cierpią, już są torturowani przez samych siebie. Zdają sobie sprawę, że są zagrożeni, że niebezpieczeństwo czyha na każdym ich kroku. Niepotrzebnie muszą być jeszcze dręczeni, szczególnie że śmierć wita ich we własnym domu. To nie nasz cel, aby zadawać im dodatkowy ból. Robota ma być szybka, bez wciągania się w zbędne uczucia lub zabawy.
            - To od twojego szefa.
            Strzał. Jeden cichy huk, roznoszący się we wszystkie strony świata i uderzający z całą premedytacją w bordowe ściany, okryte przeróżnymi malowidłami i nigdy nie zdobytymi własnoręcznie trofeami.
            Strzał. Sąsiedzi już wiedzą, co się stało i wracają do swoich zwyczajowych czynności, mówiąc tylko, że on sam się o to prosił i nie powinien mieszać się w nie swoje sprawy.
            Strzał. Jeden, jedyny strzał, który ma tyle odrębnych znaczeń. Jednak dla tego człowieka tylko jedno – to koniec. Pojawia się ciemność, otulająca całe ciało swą matczyną opieką, a stojący naprzeciw oprawca zaczyna zanikać, staje się tylko mglistym obiektem, wykonującym jakiś niewyraźny ruch. Świat przestaje istnieć, opuszcza się go z uciekającą świadomością i zaskoczonym wyrazem twarzy. Dlaczego zaskoczonym, skoro się tego spodziewało? Jednak kto mógłby wiedzieć, że to stanie się tu i teraz? Nikt. Nie znamy dnia ani godziny i dlatego w różnych chwilach lądujemy na ziemi w kałuży własnej krwi, dodatkowo brudzącej nasz piękny, puchaty dywan. Tak to jest jak nadzieja nami kieruje.
            Tymczasem ja, jako oprawca, opuszczam miejsce niedawnej zbrodni i z całym impetem wybiegam na zewnątrz, aby wchłonąć trochę świeżego, czyli pełnego spalin i wszelkich innych zanieczyszczeń powietrza. Nie ma sensu marnować czasu na coś, co nie jest potrzebne. Zadanie jest wykonane, teraz można zająć się sobą i w końcu odpocząć, zanim pojawi się kolejne zlecenie, kolejne przygotowania i kolejne wyczekiwanie na obiekt zainteresowania, odbiorcę zasłużonej lub nie nagrody.
            - Jak zwykle szybko i bez zbędnych pytań. Zastanawiam się, czy mam być z ciebie dumny, chłopcze.
            Znam ten głos, aż nazbyt dobrze. Każdy dźwięk wydobywający się z ust tego człowieka, przyprawia mnie jedynie o mdłości i zmusza do walki z samym sobą, abym powstrzymywał się przed zakneblowaniem go. Nie ważne, co mówi, zawsze musi być w tym ironia, pogarda, pewność siebie, spokój i chłód. Nigdy się nie boi, nie czuje strachu, stoi wyluzowany, opierając się o zwykłą, uliczną latarnię i przygląda się. Przez cały czas wpatruje się w ciebie, albo raczej w ciebie i najbliższe otoczenie. Obserwator, który zbiera informacje o wszystkim, aby potem wykorzystać to przeciwko komuś. Perfekcjonista i zawodowiec w swoim fachu, z którym lepiej nie zadzierać.
            Aoshiki. Człowiek średniego wzrostu, rzadko pokazujący twarz, zwykle ukrytą pod grubym kapturem swojej znoszonej, szarej bluzy. Nieczęsto zmienia strój, twierdząc że to zbędne i nie ma po co tego robić. Chyba, że naprawdę ulatujący z jego ubrań smród staje się już nie do wytrzymania. Ludzie go unikają, ale nie tylko z tego powodu. Oni po prostu wiedzą, kim jest, każdy z osobna. W tych czasach płatny morderca nie ma po co się ukrywać, nawet bardziej opłacalne jest dla niego to, aby w ogóle tego nie robić. Nikt ci się o nic nie pyta, nie zaczepia, nie patrzy podejrzliwie, ale omija i ignoruje, jakbyś był zwykłym obywatelem, którym w rzeczywistości jesteś. On o tym wie i ze spokojem przemierza świat drogami znanymi tylko mu. Pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach i zawsze z nieciekawymi informacjami.
            To on mnie wszystkiego nauczył, pokazał i wciągnął w ten ciemny, przegniły świat pozbawiony wszelkich zasad, wartości i morałów. Pokazał prawdę, okropną i przerażającą prawdę, z którą trzeba było się pogodzić.
            - Czego chcesz, Pipi*? – pytam się, widząc jak usta wykrzywiają mu się w złośliwym grymasie na dźwięk znienawidzonego przezwiska.
            Nie ukrywam, że denerwowanie go sprawia mi dużą satysfakcję. Naprawdę za nim nie przepadam. Chcąc tego czy nie wywyższa się, traktując wszystkich jak mniejszych braci i siostry, dodając do tego nutkę pogardy. Co chcę mu pokazać, wyśmiewając się z niego? Nie wiem. Może swoją wyższość? Jednak wychodzi mi to w dosyć komiczny sposób. Może dlatego zawsze się wtedy uśmiecha, usuwając moją radość z twarzy?
            - U. chce się z tobą widzieć i... przyznajmy szczerze, nie tylko on – mówi, podnosząc głowę lekko do góry i ukazując swoje ciemne oraz lśniące złowrogo oczy oraz poważną twarz z bliżej nieokreślonym wykrzywieniem na ustach.
            - Mam to gdzieś.
            To prawda, załatwianie brudnej roboty dla tego pacana nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Dbanie o jego interesy przez usuwanie przeszkód jest tak nudne, że już wolałbym godzinami wpatrywać się w rozkładające się szczątki bydła. Zawsze to samo, ten sam widok, tylko osoby się zmieniają. Ta monotonia jest nie do wytrzymania.
            - Na twoim miejscu nie lekceważyłbym go – ciągnął dalej Aoshiki, nie zwracając uwagi na moje znikome zainteresowanie i oddalanie się w głąb jednej z tych zatęchłych uliczek. – K. I.

5 maja 2140r. – ten dzień wszystko zaczyna.

* Pipi – z francuskiego znaczy siusiu.

~*~
Z racji tego, że kolejny rozdział Apatii liczy tylko kilka zdań, postanowiłam zakończyć inną historię. Oto druga część Martwej nadziei i ostatnia, jaką zamierzam tutaj opublikować. Stanowi taki sentymentalny powrót do historii, którą pisałam hmm... chyba 5 lat temu. Na potrzeby bloga skróciłam co poniektóre nazwy do jednej literki, aby opowieść ta była bardziej moja. Można powiedzieć, że zapożyczyłam większość bohaterów Kubo i wstawiłam ich do własnego świata. Nie ukrywam, że pisanie tego sprawiało mi kiedyś ogromną przyjemność, ale nie zamierzam tego dalej kontynuować, bo po pierwsze nie pamiętam zbytnio fabuły, po drugie z głównego bohatera zrobiłam ciotę (w sumie w oryginale też jest ciotą), po trzecie skończyłam z fanfiction, po czwarte gryzłoby się to z inną historią, którą piszę, a po piąte już sam ten rozdział wskazuje, jakie to beznadziejne.
Wszystkie zaległości postaram się uzupełnić w weekend, a troszkę ich mam. Notki pojawiać się będą póki co raz w miesiącu, może w wakacje to się zmieni. Dziękuję za uwagę i życzę miłego dnia!

Obserwatorzy